niedziela, 30 listopada 2025

3 ważne książki o koszykówce, które warto przeczytać

Koszykówka to nie tylko mecze, highlighty i tabelka ze statystykami. To także historie ludzi, którzy budowali ten sport: gwiazd, trenerów i całych drużyn. Jeśli chcesz spojrzeć na basket trochę głębiej – od środka szatni, z ławki trenerskiej i z perspektywy całej ligi – te trzy książki to świetny punkt wyjścia.

To nie jest „topka wszech czasów”, raczej trzy różne spojrzenia na tę samą grę:

  • kulisy życia największej gwiazdy,filozofia trenera z jedenastoma pierścieniami,reportaż o NBA widzianym jak fragment historii społecznej USA.




1. „The Jordan Rules” – Sam Smith

(polskie wydanie: „Jordan Rules. Zakulisowe historie pierwszego mistrzowskiego sezonu Chicago Bulls”)

Sam Smith zabiera czytelnika do środka drużyny, która zmieniła oblicze NBA – Chicago Bulls z Michaelem Jordanem na czele. Książka koncentruje się na sezonie 1990/91, w którym Bulls zdobyli pierwsze mistrzostwo. Zamiast cukierkowej opowieści o nieomylnej supergwieździe dostajemy szczerą kronikę konfliktów, napięć i rywalizacji wewnątrz zespołu.

Sam tytuł jest znaczący – „Jordan Rules” to z jednej strony nazwa brutalnej defensywnej taktyki Detroit Pistons przeciwko Jordanowi, a z drugiej metafora specjalnych zasad, jakie zaczęły obowiązywać w Chicago wokół największej gwiazdy ligi.

Dlaczego ta książka jest ważna?

  • Pokazuje, jak naprawdę wygląda budowanie mistrzowskiej drużyny: z całym pakietem ego, frustracji i nieporozumień.
  • Obala mit koszykówki jako wiecznej sielanki – widać, że nawet najlepsze zespoły rodzą się w bólu.
  • Pozwala zrozumieć, jak ogromne ciśnienie towarzyszy byciu twarzą ligi i jak wpływa to na resztę składu.

Dla kogo?

  • Dla fanów Michaela Jordana, którzy chcą zobaczyć więcej niż tylko highlighty.
  • Dla trenerów i liderów – jako studium pracy z „trudnym talentem”.
  • Dla każdego, kto lubi historie zza kulis szatni.

2. „Eleven Rings: The Soul of Success” – Phil Jackson

Phil Jackson to człowiek, który ma na koncie 11 tytułów mistrza NBA jako trener – sześć z Chicago Bulls i pięć z Los Angeles Lakers. W „Eleven Rings: The Soul of Success” opowiada, jak łączył koszykówkę na najwyższym poziomie z własną, mocno nietypową jak na sport, filozofią: mieszanką zen, psychologii, duchowości i trudnej sztuki zarządzania gwiazdami.

To nie jest klasyczny poradnik „jak wygrać mistrzostwo”. To raczej historia trenera, który zrozumiał, że bez zdrowej szatni i zaufania między ludźmi nawet najlepszy system taktyczny nie wystarczy.

Co wyróżnia tę książkę?

  • Jackson pokazuje od kuchni, jak pracował z wielkimi ego – Jordanem, Pippenem, Kobe Bryantem, Shaquille’em O’Nealem.
  • Dużo miejsca poświęca budowaniu kultury – rytuałom w drużynie, rozmowom, pracy nad ego zawodników.
  • Łączy taktykę (trójkąt ofensywny) z miękkimi kompetencjami: komunikacją, zaufaniem, umiejętnością odpuszczania kontroli.

Dlaczego warto?

  • To jedna z najciekawszych książek o przywództwie w sporcie, nie tylko o koszykówce.
  • Pokazuje, że mistrzostwa są efektem procesu, a nie jednego genialnego sezonu.
  • Świetna lektura dla trenerów, managerów i każdego, kto pracuje z zespołami.

3. „The Breaks of the Game” – David Halberstam

„The Breaks of the Game” to klasyka reportażu sportowego. David Halberstam – laureat Pulitzera – wszedł z mikrofonem i notatnikiem do świata Portland Trail Blazers z sezonu 1979/80. Formalnie to opowieść o jednej drużynie i jednej kampanii, ale w praktyce książka staje się opowieścią o całej NBA tamtych czasów.

Halberstam opisuje nie tylko mecze i szatnię, ale też:

  • historię mistrzowskich Blazers z 1977 roku,
  • kontuzje Billa Waltona i ich wpływ na klub,
  • losy Kermita Washingtona po słynnym, tragicznym ciosie w Rudy’ego Tomjanovicha,
  • rasę, pieniądze, politykę i zmieniający się biznes NBA.

Wielu dziennikarzy sportowych – w tym Bill Simmons – uważa tę książkę za jedną z najlepszych, jakie kiedykolwiek napisano o koszykówce. To nie tylko historia drużyny, ale też obraz ligi, która dopiero wychodzi z niszy i zaczyna stawać się wielkim biznesem.

Dlaczego to lektura obowiązkowa?

  • Pokazuje NBA w momencie przejścia – między „romantyczną” ligą lat 70. a telewizyjnym gigantem.
  • Łączy sport z szerszym kontekstem społecznym: rasą, pieniędzmi, polityką, mediami.
  • To wzorzec tego, jak można pisać o sporcie mądrze, głęboko i bez taniutkiej sensacji.

Dla kogo?

  • Dla czytelników, którzy lubią, gdy sport jest pretekstem do opowieści o świecie.
  • Dla fanów NBA ciekawych, jak wyglądały kulisy ligi, zanim nadeszła era Jordana.
  • Dla osób piszących o sporcie – jako świetny wzór reporterskiej roboty.

Na koniec: trzy książki, trzy perspektywy

Te trzy tytuły nie wyczerpują oczywiście tematu książek o koszykówce. Pokazują jednak trzy różne spojrzenia na ten sam sport:

  • „The Jordan Rules” – kulisy życia drużyny z największą gwiazdą w historii NBA.
  • „Eleven Rings” – filozofia trenera, który zamienił kilka zespołów w mistrzowskie dynastie.
  • „The Breaks of the Game” – szeroki obraz ligi wpisanej w historię społeczną i biznesową USA.

Jeśli kochasz koszykówkę, te książki pomogą Ci zobaczyć ją z zupełnie innej perspektywy. A jeśli dopiero zaczynasz swoją przygodę z basketem – to jeden z najlepszych możliwych startów.

sobota, 29 listopada 2025

Dlaczego Mateusz Ponitka jest tak dobrym liderem reprezentacji Polski?

W polskiej koszykówce regularnie pojawiają się nowe nazwiska, ale jeśli mówimy o liderze z prawdziwego zdarzenia, jednym z pierwszych, którzy przychodzą na myśl, jest Mateusz Ponitka. Od lat jest twarzą reprezentacji – nie tylko dlatego, że zdobywa punkty, ale przede wszystkim dzięki temu, jak zarządza emocjami, drużyną i najważniejszymi momentami meczu.

Co sprawia, że właśnie on tak dobrze odnajduje się w roli lidera kadry?


1. Doświadczenie zebrane w całej Europie

Ponitka nie jest zawodnikiem, który całe życie spędził w jednej lidze. Grał w Polsce, Belgii, Hiszpanii, Rosji, Turcji, we Włoszech, w Grecji i w Serbii, a obecnie reprezentuje barwy klubu z czołowej ligi europejskiej. To oznacza:

  • kontakt z różnymi systemami taktycznymi,
  • pracę z wieloma trenerami o odmiennych filozofiach gry,
  • konfrontację z topowymi zawodnikami na poziomie Euroligi i europejskich pucharów,
  • ciągłe dostosowywanie się do nowych ról – od młodego prospekta po doświadczonego weterana.

Takie zaplecze sprawia, że w kadrze Ponitka jest kimś więcej niż „kolejnym skrzydłowym”. To zawodnik, który rozumie koszykówkę w szerokim kontekście – wie, co będzie działać na poziomie klubowym, a co w realiach reprezentacji, gdzie na przygotowanie ma się raptem kilka dni.


2. Noc ze Słowenią – definicja lidera

Jeśli szukać jednego meczu, który najlepiej pokazuje jego liderowanie, to będzie to pamiętne starcie ze Słowenią na EuroBaskecie 2022. Ponitka rozegrał wtedy spotkanie życia – nie tylko punktowo, ale przede wszystkim jako pełnoprawny dowódca drużyny.

Był wszędzie: zdobywał punkty, zbierał, podawał, bronił, podnosił zespół w momentach kryzysu. To był występ, który wykracza poza suche statystyki. Widać było, że mentalnie jest gotowy podjąć walkę z największymi gwiazdami europejskiego basketu i wziąć na siebie odpowiedzialność za wynik.

Od tamtego dnia Ponitka nie jest już tylko „ważnym graczem kadry”. Jest symbolem meczu, w którym Polska pokazała, że może bić się z najlepszymi. A to dla lidera bezcenny kapitał – zarówno w szatni, jak i w oczach kibiców.


3. Styl gry: lider, który robi wszystko po trochu

Są liderzy, którzy żyją głównie z punktów. Są też tacy, którzy „robią grę” podaniami. Ponitka należy do innej kategorii – to all-around forward, zawodnik kompletny. Co to znaczy w praktyce?

  • Punkty – potrafi rzucić zza łuku, wejść na kosz, wymusić faul i kończyć akcje z kontaktem.
  • Rozgrywanie – czyta grę jak rozgrywający, często inicjuje akcje, ustawia kolegów, widzi przewagi zanim one „oficjalnie” powstaną.
  • Obrona – jest jednym z tych graczy, których nie widać w highlightach, ale których docenia każdy trener. Potrafi kryć kilka pozycji, dobrze pomaga, komunikuje się w defensywie.
  • Zbiórki – jego obecność na tablicach daje kadrze dodatkowe posiadania i możliwość szybkiego wyprowadzenia kontry.

Taki profil sprawia, że Ponitka może wpływać na wynik nawet wtedy, kiedy akurat nie trafia rzutów. Lider, który daje drużynie coś w każdej fazie meczu, jest bezcenny – szczególnie w reprezentacji, gdzie rotacja jest krótsza niż w klubie.


4. Głos w szatni i odpowiedzialność za wynik

Lider to nie tylko statystyki. To również – a może przede wszystkim – odpowiedzialność za atmosferę i narrację wokół drużyny.

Po zwycięstwach Ponitka nie buduje mitu „one man show”. Zwraca uwagę na pracę całej drużyny, podkreśla rolę mniej widocznych zawodników, docenia sztab. Po porażkach potrafi stanąć przed kamerą i brać część winy na siebie – nawet wtedy, gdy obiektywnie zagrał dobrze.

Takie podejście:

  • odciąża młodszych graczy, którzy nie muszą mierzyć się z pełnym ciężarem krytyki,
  • wzmacnia zaufanie wewnątrz zespołu,
  • pokazuje, że lider to ktoś, kto stoi na pierwszej linii w trudnych momentach.

To nie jest rola, której da się nauczyć z dnia na dzień. To efekt lat spędzonych w kadrze, kolejnych turniejów, radości i rozczarowań. Ponitka przeszedł tę drogę i dziś widać, że dobrze czuje się w tej odpowiedzialności.


5. Emocjonalna więź z reprezentacją

U wielu zawodników widać prostą hierarchię: klub, a potem dopiero kadra. U Ponitki jest odwrotnie – reprezentacja jest czymś więcej niż dodatkiem do sezonu. To projekt, którego jest współautorem od lat.

W wywiadach często podkreśla, jak bardzo zależy mu na tym, by Polska była obecna na koszykarskiej mapie Europy. Po turniejach nie mówi wyłącznie o wyniku, ale o tym, jaki sygnał wysyła drużyna – do kibiców, młodych zawodników, całego środowiska.

Taka postawa „buduje” go jako lidera, bo:

  • koledzy z drużyny widzą, że dla niego kadra to nie jest obowiązek, tylko przywilej,
  • kibice instynktownie czują, że gra nie tylko dla siebie, ale i dla nich,
  • każdy kolejny występ reprezentacji nabiera dodatkowego znaczenia – wychodzi na parkiet ktoś, kto autentycznie wierzy w ten projekt.

6. Most między pokoleniami

Ponitka jest w takim momencie kariery, w którym łączy dwa światy. Z jednej strony wciąż potrafi grać na bardzo wysokim poziomie sportowym, z drugiej – ma już status weterana, który może wprowadzać do kadry młodszych graczy.

To niezwykle ważne dla każdej reprezentacji, bo:

  • młodsi mogą się od niego uczyć nie tylko ruchów na boisku, ale też podejścia do treningu, regeneracji i presji,
  • trener ma w szatni „przedłużenie swojej ręki” – zawodnika, który potrafi przekazać założenia taktyczne w języku boiska,
  • proces wymiany pokoleniowej staje się płynniejszy, gdy stare i nowe nazwiska mają wspólny mianownik w postaci stabilnego lidera.

Dlaczego właśnie on?

Mateusz Ponitka jest tak dobrym liderem, bo łączy w sobie trzy kluczowe elementy:

  1. Wysoki poziom sportowy – udowodniony w reprezentacji i w mocnych klubach europejskich.
  2. Kompletność boiskową – wpływa na grę w ataku, obronie, na tablicach i w szatni.
  3. Silną tożsamość „kadrowicza” – dla niego gra z orzełkiem na piersi to coś więcej niż punkt w CV.

W czasach, kiedy w sporcie dużo mówi się o indywidualnych statystykach, kontraktach i highlightach, Ponitka przypomina, że prawdziwe liderowanie zaczyna się tam, gdzie kończy się „ja”, a zaczyna „my”. I właśnie dlatego tak dobrze pasuje do roli lidera reprezentacji Polski.

Czego możemy się spodziewać po meczu Polski z Holandią w Hadze?

Po zwycięstwie 90:78 nad Austrią w Gdyni reprezentacja Polski przenosi swoją „Misję Katar” do Hagi. Tam czeka nas starcie z Holandią – rywalem, który już na starcie eliminacji pokazał, że nie zamierza być statystą. To nie będzie mecz do „odhaczenia”, tylko poważny test dla kadry Igora Milicicia.

Stawka meczu: coś więcej niż „kolejne spotkanie”

Polska i Holandia wchodzą w ten mecz z takim samym bilansem – wygraną na otwarcie. Dla układu tabeli oznacza to jedno: zwycięzca w Hadze zrobi bardzo duży krok w stronę wyjścia z grupy z pozycji lidera.

W praktyce:

  • Wygrana Polski – budujemy mocną pozycję na resztę eliminacji, z marginesem bezpieczeństwa przed kolejnymi okienkami.
  • Porażka – robi się tłoczno, a o wszystkim mogą zadecydować bezpośrednie mecze i bilans małych punktów.

To jeszcze nie jest „mecz o wszystko”, ale na pewno spotkanie, które może ustawić losy tej grupy.

Jak gra Holandia?

Holandia od kilku lat krok po kroku buduje swoją reprezentację. To już nie jest rywal, którego można zlekceważyć. W skrócie – czego możemy się po Oranje spodziewać?

  • Gra do kosza i pick and roll – Holendrzy chętnie atakują obręcz, dużo grają dwójkowo i szukają przewag fizycznych pod koszem.
  • Fizyczność na tablicach – wysocy gracze Holandii potrafią przytrzeć pod koszem, walczą o zbiórki w ataku i dopychają do końca każdą akcję.
  • Playmaker z wizją – rozgrywający Oranje dobrze czyta pick and roll, potrafi przyspieszyć tempo i uruchomić kolegów w biegu.
  • Agresja w obronie na piłce – lubią podchodzić wysoko, naciskać na kozłującego i wyrywać piłkę, żeby wyjść do kontry.
  • Więcej fizyki niż trójek – Holandia częściej żyje z penetracji i wymuszanych fauli niż z seryjnie trafianych rzutów z dystansu.

To zapowiada mecz, w którym trzeba będzie odpowiedzieć na fizyczność, a nie tylko na „suchą” taktykę.

Gdzie Polska może szukać przewagi?

1. Jerrick Harding jako główny egzekutor

Po kapitalnym debiucie z Austrią naturalne jest, że oczy kibiców będą skierowane na Jerricka Hardinga. To on ma być naszym pierwszym wyborem w ataku, gdy trzeba będzie zdobyć trudne punkty.

W Hadze Harding może:

  • wykorzystać zbyt agresywne przechodzenie Holendrów pod zasłonami,
  • otwierać grę dla reszty – przyciągając podwojenia i oddając piłkę na czyste pozycje,
  • wymuszać faule i regularnie stawać na linii rzutów wolnych.

2. Doświadczenie Ponitki i Sokołowskiego

Mateusz Ponitka i Michał Sokołowski pozostają sercem tej kadry. To oni mają „czytać” mecz, kiedy trzeba:

  • uspokoić tempo, gdy gospodarze złapią serię,
  • przyspieszyć, gdy pojawi się szansa na łatwe punkty,
  • przyjąć na siebie najtrudniejsze zadania w obronie.

Bez ich energii, doświadczenia i boiskowej inteligencji o wygraną będzie zdecydowanie trudniej.

3. Szeroka rotacja na obwodzie

Mimo braków kadrowych Milicić wciąż może korzystać z szerokiej rotacji na obwodzie. To duży plus, bo pozwala:

  • utrzymać intensywność w obronie przez pełne 40 minut,
  • reagować na różne ustawienia Holandii – od niskich, szybkich piątek po bardziej fizyczne składy,
  • szukać „gorącej ręki” wśród strzelców, którzy mogą trafić kilka ważnych trójek.

4. Obrona pick and rolla i zamknięcie pomalowanego

Klucz dla Polski będzie leżał po stronie defensywy. Trzeba będzie:

  • dobrze komunikować się przy zasłonach, żeby nie oddawać prostych wejść pod kosz,
  • „tagować” rolującego wysokiego, czyli pomagać na ścinających zawodnikach Holandii,
  • nie pozwolić Oranje na serię łatwych punktów spod obręczy i po zbiórkach w ataku.

Jeśli Holandia poczuje się komfortowo w polu trzech sekund, mecz może szybko zrobić się bardzo niewygodny.

Rzuty z dystansu i tempo – małe rzeczy, duży wpływ

W meczu z Austrią Polacy mieli mocno przeciętną skuteczność zza łuku. Z Holandią nie chodzi o to, żeby nagle zamienić spotkanie w konkurs trójek, ale o to, by:

  • wreszcie wykorzystać czyste pozycje wypracowane po drive & kick Hardinga,
  • mieć 2–3 graczy, którzy trafią swoje otwarte rzuty na przyzwoitym procencie,
  • nie dać się wciągnąć w chaotyczną wymianę „kosz za kosz”, napędzając tym samym publiczność i kontry gospodarzy.

Im lepiej Polska będzie kontrolować tempo – tym większe szanse, że to my będziemy dyktować warunki.

Psychologia wyjazdu: test charakteru

Hala w Hadze, własna publiczność Holendrów, poczucie, że gra się o coś naprawdę ważnego – to są warunki, które szybko weryfikują mentalność zespołu. Dla Polski będzie to:

  • sprawdzenie, czy potrafimy przenieść energię z Gdyni na parkiet przeciwnika,
  • test odporności na serie punktowe gospodarzy,
  • kolejna okazja, by udowodnić, że ta kadra nie pęka na wyjazdach.

Podsumowanie: czego realnie się spodziewać?

Jeśli mielibyśmy zamknąć to w jednym zdaniu, brzmiałoby ono tak:

Spodziewajmy się twardego, fizycznego meczu, w którym każdy błąd będzie karany – ale też takiego, w którym Polska ma wszystkie argumenty, by wrócić z Hagi z bardzo ważnym zwycięstwem.

Warunki są jasne:

  • Harding utrzymuje poziom lidera ataku,
  • Ponitka i Sokołowski kontrolują rytm gry po obu stronach parkietu,
  • obrona ogranicza wejścia Holandii pod kosz i punkty po zbiórkach,
  • kilku polskich strzelców wreszcie „odpala” z dystansu.

Reszta? Reszta to już klasyka tej reprezentacji: trudno, ale fajnie. I dokładnie takiego meczu w Hadze możemy się spodziewać.

„Trudno, ale fajnie”. Co naprawdę powiedział nam Milicić po Polsce – Austrii?

Reprezentacja Polski zaczęła eliminacje do mistrzostw świata 2027 od tego, co w sporcie najważniejsze: wygranej. W Gdyni biało-czerwoni pokonali Austrię 90:78 i zrobili pierwszy krok na drodze do turnieju w Katarze. Wynik wygląda solidnie, ale jeśli oglądałeś ten mecz, wiesz jedno – łatwy to on nie był.

Po spotkaniu Igor Milicić podsumował wszystko krótko: „Ten mecz był trudny, ale fajny”. I tak naprawdę w tych kilku słowach mieści się cała historia obecnej kadry: poobijanej, w przebudowie, ale dalej ambitnej i niebezpiecznej.


Zwycięstwo ważniejsze niż styl

Zacznijmy od podstaw. Polska musiała ten mecz wygrać. Austria nie jest potęgą europejskiej koszykówki, ale w obecnym systemie eliminacji każda wpadka potrafi zaboleć. Tutaj nie ma już „spacerów” – każde spotkanie ma swoją wagę.

Polacy prowadzili praktycznie przez całe 40 minut, ale Austriacy cały czas trzymali się w grze rzutem z dystansu. Trafiali trójki w momentach, kiedy wydawało się, że odjeżdżamy na bezpieczny dystans, i co chwilę psuli nam plan na spokojną końcówkę.

Dlatego po ostatniej syrenie kluczowe były trzy fakty:

  • jest wygrana na otwarcie,

  • przetestowaliśmy nowe role w zespole,

  • zobaczyliśmy, jak kadra funkcjonuje bez kilku ważnych nazwisk.

Styl jeszcze nie zachwyca, ale na tym etapie eliminacji liczy się przede wszystkim wynik.

 Kadra szyta w trzy–cztery dni

Najciekawszy fragment pomeczowej wypowiedzi Milicicia dotyczył… czasu. Selekcjoner przyznał, że w trzy–cztery dni trzeba było przygotować de facto nowy zespół. I nie była to kokieteria.

Zabrakło kilku kluczowych graczy:

  • kreatora gry na obwodzie,

  • podstawowego środkowego,

  • ofensywnego lidera, który miał odciążać resztę kadry.

Zostaje kręgosłup w postaci Mateusza Ponitki, Michała Sokołowskiego i kilku dobrze znanych nazwisk, ale wokół nich trzeba na szybko budować nowe ustawienia, nowe schematy i nowe odpowiedzialności. Na pełne dopracowanie koncepcji zwyczajnie brakuje czasu – reprezentacja to nie klub, w którym trener ma do dyspozycji cały sezon.

W takiej rzeczywistości nie da się od razu zagrać basketu na poziomie folderu reklamowego. Można za to zbudować drużynę, która wie, po co wychodzi na parkiet. I właśnie to było w tym meczu widać.

Wieczór Jerricka Hardinga

Jeśli ten wieczór miał swojego głównego bohatera, to był nim Jerrick Harding. Naturalizowany reprezentant Polski odpalił już w debiucie – zdobył ponad 30 punktów i przez większą część meczu był najpewniejszą opcją w ataku.

To nie był występ z gatunku „napompowane cyferki”, tylko bardzo konkretna odpowiedź na realną potrzebę kadry. Po odejściu A.J. Slaughtera pojawiło się kluczowe pytanie: kto będzie naszym nowym „go-to guy’em” na piłce? Kto weźmie odpowiedzialność, kiedy rywal złapie serię, a zegar nieubłaganie schodzi w dół?

Harding pokazał, że może być właśnie takim zawodnikiem:

  • brał ciężar gry na siebie,

  • trafiał w trudnych momentach,

  • potrafił zarówno sam kreować rzuty, jak i korzystać z zasłon i ruchu kolegów.

Oczywiście – jeden mecz nie robi z nikogo legendy. Ale jako pierwszy sygnał dla kibiców i dla całej kadry to był bardzo mocny wieczór.

Stary trzon, nowe problemy

Obok nowej twarzy w reprezentacji swoje zrobili też „starzy” liderzy. Znowu było widać, że:

  • Ponitka potrafi uspokoić grę, kiedy robi się nerwowo,

  • Sokołowski to klasyczny „two-way player” – broni, zbiera, biega, dorzuca punkty, gdy trzeba,

  • doświadczeni kadrowicze rozumieją, jak „zarządzać” meczem, w którym rywal złapał rytm.

Milicić po meczu chwalił zespół za charakter i walkę na tablicach. W sytuacji, gdy system nie jest jeszcze na sto procent dopracowany, właśnie takie elementy – zbiórki, doskok do piłki, walka na parkiecie – często wygrywają mecze.

Jednocześnie selekcjoner jasno wskazał, co mu się nie podobało: zbyt dużo swobody dla austriackich strzelców na obwodzie. Polacy wiedzieli, kogo muszą ograniczyć, a mimo to kilka razy pozwolili rywalom na zbyt komfortowe rzuty.

Na poziomie eliminacji to „tylko” ostrzeżenie. Na poziomie mistrzostw świata – może być to różnica między euforią a rozczarowaniem.

„Nie patrzymy na innych, patrzymy na siebie"

W tle meczu z Austrią pojawił się jeszcze jeden ważny wątek – wynik w drugim spotkaniu naszej grupy. Holandia pokonała Łotwę na jej terenie, co można uznać za małą sensację. Od razu pojawiły się pytania, co to oznacza dla układu tabeli i szans Polaków.

Milicić szybko ten temat uciął. Dla niego najważniejsze jest jedno: reprezentacja ma patrzeć na siebie, nie na innych. Żadnego kalkulowania, żadnego dopasowywania się do drabinki, żadnego liczenia punktów przed czasem.

To podejście jest bardzo spójne z tym, co widzieliśmy wcześniej – choćby na EuroBaskecie 2022. Ta kadra najlepiej wygląda wtedy, kiedy:

  • skupia się na własnym systemie,

  • nie boi się nazwisk rywali,

  • akceptuje, że czasem trzeba przejść przez „brzydkie” mecze, żeby dojść do czegoś dużego.

Dlaczego ten mecz był ważniejszy, niż wygląda z tabeli?

Z zewnątrz można powiedzieć: „zadanie wykonane, słabszy rywal pokonany, jedziemy dalej”. Ale to spotkanie miało kilka głębszych warstw.

1. Test charakteru

Austria siedziała nam na plecach niemal przez całe spotkanie. Tego typu mecze są trudne psychicznie – robisz swoje, a rywal i tak trafia kolejne trójki. Bardzo łatwo wtedy o frustrację, głupie straty, złe decyzje. Polacy, mimo problemów, nie rozsypali się.

2. Sprawdzenie nowych ról

Kto weźmie grę na siebie bez klasycznego centra? Jak atak będzie wyglądał bez typowego kreatora na jedynce? Co się stanie, kiedy zabraknie kilku stron z „kadrowej książki telefonicznej”? Ten mecz dał sztabowi reprezentacji konkretny materiał do analizy – i równie konkretne odpowiedzi.

3. Start „Misji Katar”

Eliminacje to maraton, nie sprint. Wygrana na otwarcie jest ważna nie tylko matematycznie, ale też psychologicznie. Zdecydowanie łatwiej budować nową drużynę jako zespół z bilansem 1–0 niż jako ekipa, która od razu musi tłumaczyć się z wpadki.

Co dalej? Haga, Holandia i walka o status lidera?

Kolejny przystanek to Haga i mecz z Holandią. Stawką będzie pozycja niepokonanego lidera po pierwszym okienku eliminacji. To spotkanie od razu podnosi poprzeczkę.

Ten mecz odpowie na dwa kluczowe pytania:

  • Czy obrona na obwodzie naprawdę została poprawiona po tym, co zobaczyliśmy z Austrią?

  • Czy Harding i reszta zespołu są w stanie utrzymać intensywność i koncentrację na wyjeździe?

Jeśli odpowiedź na oba pytania będzie twierdząca, hasło „Misja Katar” zacznie brzmieć bardzo realnie, a nie tylko jak efektowny slogan.

Dlaczego „trudno, ale fajnie” pasuje do tej kadry idealnie?

Zdanie rzucone przez Milicicia po meczu – „trudno, ale fajnie” – jest świetnym opisem tego, gdzie dziś jest reprezentacja Polski.

  • Trudno, bo skład jest w ciągłym ruchu, kontuzje i absencje mieszają szyki, a każde okienko eliminacji to nowe zadania dla sztabu.

  • Ale fajnie, bo mimo tych wszystkich przeszkód kadra dalej potrafi wygrywać, potrafi grać z charakterem i potrafi dawać kibicom emocje, których nie kupi się w żadnym sklepie z gadżetami.

W czasach, w których łatwo narzekać, Milicić proponuje coś innego: spokój, konsekwencję i wiarę w proces. Nie obiecuje cudów, nie szuka wymówek. Mówi wprost: to są mecze, które nas hartują.

Jeśli ta droga rzeczywiście doprowadzi nas do mistrzostw świata w Katarze, to jestem przekonany, że to jedno zdanie jeszcze nieraz wróci w rozmowach o tej kadrze. I to w zdecydowanie bardziej radosnym kontekście.

sobota, 22 listopada 2025

Ramey w gazie, Arka dominuje w Gliwicach. Taką grę chcą oglądać kibice żółto-niebieskich

Taką koszykówkę kibice Arki chcą oglądać jak najczęściej: pewność siebie, mocna obrona, dominacja na deskach i lider, który trzyma całą ofensywę w ryzach. W piątek AMW Arka Gdynia rozbiła na wyjeździe Tauron GTK Gliwice 89:66, a jednym z głównych architektów zwycięstwa był Courtney Ramey.

Amerykański rzucający obrońca „wykręcił” w Gliwicach świetną linijkę: 16 punktów przy skuteczności z gry na poziomie prawie 78%, do tego 5 zbiórek i 7 asyst. Liczby wyglądają imponująco, ale jeszcze ważniejsze było to, jak dobrze prowadził grę zespołu.



 

Pierwsza kwarta na styku, potem pełna kontrola

Gliwiczanie to ekipa, której w tym sezonie nie przychodzi łatwo zdobywanie punktów, ale u siebie potrafią uprzykrzyć życie każdemu. W pierwszej kwarcie Arka dała im za dużo swobody – zabrakło komunikacji w obronie, a GTK aż osiem razy zebrało piłkę w ataku. Efekt? 25:22 dla gospodarzy po 10 minutach.

Od drugiej kwarty obraz meczu zmienił się jednak kompletnie. Gdynianie podkręcili intensywność w defensywie, zaczęli lepiej rotować po zasłonach, zamknęli wjazdy pod kosz i odcięli łatwe punkty. Kwarta wygrana 28:7 mówi wszystko – Arka przejęła kontrolę i już jej nie oddała.

 

Zespołowa koszykówka wraca do Gdyni

W Gliwicach znów zadziałało to, co najlepiej funkcjonowało na starcie sezonu – zespołowa gra.
Ramey zakończył mecz z 7 asystami, Kamil Łączyński dołożył kolejne 6. Piłka krążyła po obwodzie, było widać cierpliwość w ataku i konsekwentne wykorzystywanie przewag.

Pod koszem rządzili Michael Okauru i Einaras Tubutis.
Okauru zapisał na koncie double-double: 11 punktów i 10 zbiórek. Tubutis był bardzo blisko podobnego wyczynu – 8 punktów i również 10 zbiórek. Swoje zrobił też Nenad Ljubicić (18 punktów) oraz pewny w ofensywie Garbacz (16 punktów, w tym trafione rzuty z dystansu)

Deski i skuteczność – dwa klucze do zwycięstwa

Arka absolutnie zdominowała walkę na tablicach. 45 zbiórek żółto-niebieskich (w tym 9 w ataku) przy 26 GTK to różnica, która ustawia cały mecz. Gdynianie dawali sobie drugie życie w ataku, a pod własnym koszem czyścili przestrzeń, nie pozwalając gliwiczanom na ponowienia.

Jeszcze bardziej brutalnie wygląda porównanie skuteczności za dwa punkty. Arka trafiała praktycznie dwa na trzy takie rzuty, podczas gdy GTK skończyło mecz ze skutecznością zaledwie 29 procent spod kosza i z półdystansu. To efekt twardej, mądrej obrony – ręce w górze, zamknięte linie podań, brak łatwych pozycji.

Co mówili po meczu?

Silny skrzydłowy Arki, Einaras Tubutis, nie owijał w bawełnę:

Zaczęliśmy to spotkanie źle w obronie, bez dobrej komunikacji i naszego zaangażowania, ale później zaczęliśmy pokazywać, jak potrafimy grać w koszykówkę. Myślę, że wykonaliśmy dobrą robotę.

Trener Mantas Cesnauskis podkreślił dwa elementy: energię i zespołowość:

Wielkie gratulacje dla całego zespołu, bo momentami zagraliśmy piękną koszykówkę. Pierwsza kwarta nam nie wyszła, GTK miał wtedy osiem ofensywnych zbiórek, stąd wyrównany wynik. W ostatnich meczach bronimy mądrze, a w ataku dzielimy się piłką. Wykorzystaliśmy słabsze strony rywala i zagraliśmy tak, jak się umawialiśmy. Super zwycięstwo przed przerwą. Oby tak dalej.

Idealny sygnał przed przerwą na kadrę

Wygrywając 89:66 na trudnym wyjeździe, Arka nie tylko dopisała kolejne zwycięstwo, ale też wysłała mocny sygnał przed przerwą na zgrupowanie reprezentacji Polski, które już 24 listopada rusza w Gdyni.

Jeśli żółto-niebiescy utrzymają ten poziom intensywności w obronie i dalej będą tak mądrze dzielić się piłką w ataku, kibice jeszcze nie raz zobaczą dokładnie taką grę, jak w Gliwicach. 💛💙🏀

poniedziałek, 17 listopada 2025

Arka z piątym zwycięstwem w Orlen Basket Lidze

 

AMW Arka Gdynia odniosła zdecydowane zwycięstwo nad Górnikiem Wałbrzych, pokonując rywali 85:69 w meczu, który przejdzie do historii dzięki niebywałemu zaangażowaniu i charakterowi żółto-niebieskich.

sobota, 15 listopada 2025

Recenzja książki "Bógtechy"

 „Bóg techy. Jak wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem” to reporterskie śledztwo Sylwii Czubkowskiej, które odsłania mechanizmy kontroli, jakie globalne korporacje technologiczne sprawują nad naszym życiem i przestrzenią publiczną. Autorka, ekspertka w dziedzinie nowych technologii, pokazuje, jak łatwo staliśmy się trybikiem w globalnej maszynie firm takich jak Google, Meta, Amazon czy Microsoft – dobrowolnie rezygnując z prywatności na rzecz wygody i pozornych korzyści.